Lekcja akceptacji w wydaniu 5-latki

Lekcja akceptacji w wydaniu 5-latki

Leniwy niedzielny poranek, krzątamy się z Ojcem Dzieci w kuchni, przygotowujemy śniadanie, parzymy kawę, na gazie bulgocze woda w czajniku, my operujemy nożami, kroimy warzywa, takie tam… Do kuchni nagle wpełza Młodsza. Patrzy na nas wzrokiem kota ze Shreka, miauczy, zaczyna się ocierać o nasze nogi, przechodzić między nimi.
Jako wciąż błądzący, a zarazem głodni rodzice, nie podjęliśmy zabawy. Powiedzieliśmy wprost, że nie jest to bezpieczne w tym momencie i w tym miejscu. Wyjaśniliśmy, że jeśli chce być w kuchni to jako dziewczynka ludzka i generalnie my ją taką stworzyliśmy i w takim wydaniu preferujemy.

Wyszła miaucząc coś pod wąsem. Kilka minut później do kuchni wpadła Starsza krzycząc, że Młodsza się wyprowadza. Kiedy weszliśmy do przedpokoju, rzeczywiście zakładała już buty. Obok stał wypchany plecak z Vaianą. Dało się wyczuć podpuchę, bo wciąż miała na sobie piżamę, jednak z pełną powagą oznajmiła, że wyprowadza się do koleżanki z sąsiedniego bloku. Uznała, że skoro nie chcemy kota, a ona jest kotem, to musi odejść. Tak oto w kilka minut nauczyła nas, że dzieci trzeba akceptować takimi, jakie są i jakie postanowią być. Teoria niby znana, ale do tej pory sądziłam, że dotyczy upodobania względem jednej, czy drugiej płci, bóstwa, do którego się modlą, albo chęci zostania woźną, śmieciarzem, czy drag queen. Temat jak widać ma znacznie szerszy zakres.

Z drugiej strony wychodzi na to, że całkiem do serca biorą sobie te nasze dzieci zapewnienia, że mogą zostać w życiu kim tylko zechcą.

Teraz ciekawostka, co było w plecaku? Koszulka? Piżamka? Może chociaż majtki na zmianę? Nie. Trzy pluszaki i dwie latarki. Musi popracować nad swoim nowym wcieleniem skoro nie widzi w ciemnościach.

Jedna myśl na temat “Lekcja akceptacji w wydaniu 5-latki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *